Pełen emocji weekend z „Divą…”

Pełen emocji weekend z „Divą…”

Pełen emocji weekend z „Divą…”

W ostatni weekend dwukrotnie zaprezentowaliśmy Państwu monodram Kamila Maćkowiaka „DIVA Show”.
Oba pokazy wzbudziły wiele emocji, na obu bowiem publiczność wyjątkowo żywiołowo reagowała na opowieść bohatera tego spektaklu.

Głos oddajemy zatem jednemu z widzów sobotniego przedstawienia, panu Włodzimierzowi Neubartowi, recenzentowi
z Warszawy znanemu jako Chochlik Kulturalny, który był naszym gościem.

Jakie były Jego wrażenia? Przeczytajcie sami…

Wczoraj w Łodzi oglądałem DIVA SHOW. Oto staje przed nami wielki facet przebrany za Tinę Turner, robi prawdziwe show, po czym zdejmując powoli kolejne atrybuty scenicznej fikcji (rzęsy, perukę, rajstopy…) niepostrzeżenie wciąga nas w świat chwiejnej osobowości bohatera, który najchętniej przecież pociąłby się na samo wspomnienie swoich przeżyć i lęków. Coraz bardziej się otwiera, opowiada o samotności, dojmującym braku ciepła, które towarzyszy mu od dzieciństwa, o braku ojca, koleżankach matki, o tym, jak się żyje, gdy człowiek boi się własnego cienia i każdy śmiech na ulicy bierze za krytykę swojej delikatnej struktury. Słowa, które padają, najbardziej ranią samą Divę – istotę zrodzoną z fantazji i niemocy. Bo to przecież jest wieczór, który obnaża, jak się rodzi tożsamość człowieka, z jakich braków i potrzeb wynika. Widzowie łapią się na tym, że problemy Divy są im bliskie, sami doświadczają podobnych. Stąd już coraz bliżej do zrozumienia i wyciągnięcia ręki. Zwłaszcza że chyba tego ostatniego – normalnych, naturalnych okruchów dobra Divie najbardziej potrzeba.

Spodziewałem się zupełnie innego spektaklu i całkowicie inaczej przewidywałem swoje reakcje. Wyszedłem wstrząśnięty, mocno zbudowany postawą publiczności i oczarowany świadomym aktorstwem Kamila Maćkowiaka.

Dlaczego wstrząśnięty? Już tłumaczę! Po pierwsze – byłem pewien, że wybieram się na wiwisekcyjne widowisko do łzy ostatniej, a wcale tak nie było. Znalazł się czas na łzy, ale przecież przez większość czasu jak wszyscy ryczałem ze śmiechu – a śmialiśmy się ze stereotypów, w których żyjemy i sami bezwiednie powielamy!

Co ważne, od „9 x John L.” Anny Magalskiej w Teatrze im. Horzycy w Toruniu nie przeżyłem spektaklu, co do którego nie miałbym najmniejszej nawet uwagi (mówię tu o spektaklach, które oglądałem po raz pierwszy, bo wiadomo że taka na przykład „Wiera Gran” w Teatrze Kamienica to jest Mount Everest). Jeden człowiek na scenie, dwie i pół godziny czasu na potknięcie, nabita po brzegi wymagająca widownia, czekam i czekam, aż będę miał powód, by strzyknąć jadem i… nic. Nie dano mi powodu. Nawet obecność kamery okazała się porywająca. Obecność lustra zmultiplikowało Divę, którą widziałem naraz w pięciu odsłonach, w tym tę najprawdziwszą – tyłem – co poruszyło mnie do głębi.

Nigdy nie byłem fanem konwencji stand–up`u. Wydawała mi się pretensjonalna, kabaretowo prosta. Najwyraźniej trzeba było DIVA SHOW, żebym zrozumiał, jaki potencjał drzemie w tej formule. Jak można mieszać style i pod płaszczykiem dobrej zabawy uczyć ludzi rzeczy najważniejszych!

Dlaczego tak bardzo podobała mi się wczoraj publiczność? To wcale nie tak, że wczoraj na widowni siedzieli ludzie, którzy przyszli zobaczyć DIVĘ po raz drugi, trzeci, piąty… Choć oczywiście też. Sporo osób poznawało wszakże ten spektakl tak samo jak ja. Bardzo szybko pękły bariery wstydu. Tyle padało odpowiedzi na pytania DIVY, tyle czasem zaskakujących sugestii. Sam zarzekałem się, że nie cierpię interakcji między artystami a widzami, a sam darłem się momentami, jakby od tego życie zależało. Kto wie?

No i najważniejsze: dlaczego Kamil Maćkowiak rozłożył mnie na łopatki? To się nieczęsto zdarza, żeby w jednym przedstawieniu połączyć trudny i ważny temat, zaskakujący i trudny dla niektórych do przełknięcia kostium, dobrą zabawę i pierwszorzędne aktorstwo. Tutaj, dzięki niebagatelnym umiejętnościom Kamila Maćkowiaka, można odnieść wrażenie, że to się samo jakoś dzieje. Ale to nieprawda. Taka sytuacja wymaga niezwykłego skupienia, inteligencji (która pozwala reagować natychmiast i to w najwłaściwszy sposób) i najwyższej próby warsztatu.

Kiedy się staje naprzeciw tłumowi, którego reakcje są przecież w dużym stopniu nieprzewidywalne – i ma w perspektywie dwie i pół godziny częściowo improwizowanego widowiska na trudny temat, trzeba mieć świadomość tego, że otwieranie widzów na przeżycie i uwalnianie emocji może prowadzić do zaskakujących sytuacji. Dlatego też opowieść o funkcjonowaniu na krawędzi życia społecznego (i życia w ogóle) trzeba snuć tak, by widzom nie zatarła się granica między kreacją i teatrem a życiem. Kamil Maćkowiak tę akurat umiejętność posiadł w stopniu wręcz doskonałym. Można mieć pewność, że widzowie wyjdą z teatru nie tylko uszczęśliwieni zobaczeniem faceta przebranego za kobietę, ale też w jego życiowych dramatach dostrzegą … normalność. Zdziwią się, bo może nie w takim natężeniu, ale jednak często mają te same problemy, to samo ich boli, może tylko mechanizm obronny przez brudem tego świata mają lepiej wypracowany. I właśnie rozumiejąc to, być może inaczej spojrzą na ludzi, z których do tej pory co najwyżej się podśmiewali…

DIVA SHOW wróciła na afisz po roku przerwy. To praktycznie coś na kształt premiery. Kamil Maćkowiak sam jeden na scenie – i to dosłownie na wyciągnięcie ręki. Przed nim widownia, której reakcje potrafią uskrzydlić, ale też wdeptać w podłogę. A on zachowuje się tak, jakby tylko czekał, by z energii widzów utkać swój sceniczny sukces. Wielka rzecz, bo gdy wielu przed nim (i jeszcze więcej zapewne po nim, jak myślę) brało śmiech widzów za dobrą monetę i dryfowało na mieliznę teatralnej żenady, on idzie dalej, dociera głębiej i trafia do widzów mocniej. Zawsze wie doskonale, jak zareagować, choć przecież stand-up nie daje artyście poczucia pełnego bezpieczeństwa. Jest dowcipny, kiedy trzeba, wzruszający, gdy tylko chce, przede wszystkim zaś do głębi prawdziwy.

Zdarzały się wczoraj momenty, po których większość aktorów nie potrafiłaby się podnieść. Tuż przed finałem najważniejszego dramatycznego monologu jednej z pań rozdzwonił się telefon. W takiej sytuacji trudno o skupienie myśli, o utrzymanie tej jakże ważnej wrażliwości. Artysta musiał zareagować. Scena i tak była już przerwana. Zwrócił się do delikwentki, która dawała mu znaki, że już, już, cicho. Wyśmiał koncept, że to on ma być cicho, gdy mu przeszkadzają. Pani nagle stała się centrum przedstawienia. Rozumiejąc dowcipne ustalenie, że za taki „czyn” zapłacić trzeba dychę, po prostu wysupłała należną kwotę i teoretycznie sprawa się zakończyła. Aktor wrócił na podest, rozłożył ręce wracając w sekundę do poprzedniej sytuacji i zakończył monolog tak, jakby tej przerwy w ogóle nie było. Mistrzostwo świata (zwłaszcza gdy się pomyśli, jakie emocje musiały w nim buzować)! A jeszcze na koniec pieniądze zostały zwrócone! Myślę, że tej pani i wielu innym, telefon już nie zadzwoni w czasie przedstawienia. Choćby ze wstydu…

Powinienem tu napisać jeszcze o tylu sprawach, ale niech pozostaną tajemnicą aż do ukazania się recenzji. Jednego możecie być pewni, w elitarnym gronie przedstawień, które zdobyły komplet Chochlików, pojawi się już niedługo DIVA SHOW Kamila Maćkowiaka. Chylę czoła!”

Włodzimierz Neubart

Link do oryginalnego wpisu na blogu: chochlikkulturalny.blogspot.com

Początek spektaklu „DIVA Show”, 17 marca 2019

 

 

 

 

Back to Top