DIVA SHOW – recenzje

⇒ Dzień Dobry Łódź / 20.11.2013

 www.ddlodz.pl

Jak bardzo nieszczęśliwe musi czuć się dziecko, aby uciekać w marzenia o byciu kimś innym?

Jak bardzo niekochane i odtrącone musi być, by pielęgnować w sobie te uczucia przez lata?

I wreszcie – jak bardzo musi być rozczarowane samym sobą, by w wieku 30 lat wciąż wierzyć, że tylko stając się bohaterem swojej fantazji będzie kimś wartościowym?

    Rozwiń całą treść recenzji »

    Jak bardzo nieszczęśliwe musi czuć się dziecko, aby uciekać w marzenia o byciu kimś innym? Jak bardzo niekochane i odtrącone musi być, by pielęgnować w sobie te uczucia przez lata? I wreszcie – jak bardzo musi być rozczarowane samym sobą, by w wieku 30 lat wciąż wierzyć, że tylko stając się bohaterem swojej fantazji będzie kimś wartościowym?

     

    Kamil Maćkowiak przyzwyczaił łódzką publiczność do tego, że zawsze mierzy się z repertuarem trudnym. Że spektakle, w których występuje, wymagają poświęcenia nie tylko od niego, ale też od widza, który na nie przychodzi. Że przedstawienia łatwe nie są i do śmiechu raczej nie zachęcają. W najnowszym monodramie Maćkowiaka wszystko wygląda inaczej.

     

    „Diva Show, czyli monorewia osobowości borderline” już od pierwszych minut prowokuje widza do uśmiechu. Oto bowiem na scenie pojawia się 2-metrowy, postawny mężczyzna w wysokich szpilkach, peruce, pełnym makijażu i kusej sukience. W dodatku tańczy jak Tina Turner. I jak tu się nie roześmiać?
    Wraz z biegiem opowieści okazuje się jednak, że może to być tylko śmiech przez łzy. Główny bohater przybliża historię swojego niełatwego dzieciństwa. Tego, jak wychowywała go tylko sfrustrowana własnymi niepowodzeniami matka, która nie potrafiła okazywać uczuć. Tego, jak brakowało mu męskiego wzorca w domu i jak bardzo czuł się w tym wszystkim samotny. A także tego, jak uciekał w marzenie o byciu Tiną Turner i jak przez całe życie wierzył, że tylko będąc nią zyska uznanie otaczających go ludzi.

     

    Dążenie do realizacji tego marzenia staje się przeszkodą w przeżywaniu prawdziwego życia. Bohater nie potrafi określić, czy jest mężczyzną, czy kobietą, czy jest osobą homo- czy heteroseksualną. Nie potrafi budować relacji z innymi ludźmi, ani też mierzyć się z problemami i wyzwaniami dorosłości. Ta niemożność zaakceptowania samego siebie doprowadza go do autodestrukcji. Ale czym tak naprawdę są te wszystkie określenia?
    Diva Show pokazuje, że definicje nie dają szczęścia. Pojęcia takie jak „prawdziwy mężczyzna” i „męskość” są tylko etykietami, a społeczne oczekiwania względem płci tak naprawdę często mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nawet będąc „innym”, „odmiennym”, można być kimś wartościowym. I chociaż bohater zdaje sobie sprawę, że Tiną Turner nigdy nie będzie, pokazuje, że pod żadnym pozorem nie należy rezygnować z realizacji własnych marzeń.

     

    Kamil Maćkowiak udowodnił tym spektaklem, że jest nie tylko wspaniałym aktorem, ale też bardzo dobrym scenarzystą, reżyserem i producentem. Monodram dopracowany został w najdrobniejszych szczegółach i od pierwszej do ostatniej minuty utrzymuje uwagę widza. Maćkowiak w swojej roli jest tak przekonujący, że niejednokrotnie publiczność myli fikcję z rzeczywistością (duży wpływ mają na to archiwalne nagrania aktora, który jako dziecko zafascynowany był ruchem scenicznym Tiny Turner i starał się naśladować jej taniec) i autentycznie współczuje oglądanej postaci. Dla Maćkowiaka powinien to być komplement i potwierdzenie, że podąża właściwą drogą.


⇒ Dziennik Łódzki / 04.11.2013

DIVĘ rozpoczyna atakujący uszy i oczy teledysk Tiny Turner, na którym pojawiają się krótkie przebitki z amatorskiej kamery: nastoletni Maćkowiak próbuje w pokoju kopiować sposób poruszania się piosenkarki. Tak oto temat „Divy” (biografia mężczyzny o zaburzonej osobowości) zdaje się nie być tylko kwestią artystycznego wyboru, wykoncypowaną kreacją na potrzeby tego spektaklu.

Kolejnym elementem układanki jest pojawienie się samego Maćkowiaka: w krótkiej sukience, na wysokich obcasach, w peruce i makijażu a la Tina Turner, dynamicznie przemieszcza się z jednej strony sceny na drugą, bezbłędnie oddając taniec i sposób poruszania się wciąż widocznej na ekranie piosenkarki.

W tej perfekcji ruchów postawnego aktora jest coś porażającego.

    Rozwiń całą treść recenzji »

    Wciąż jeszcze w kilku miejscach Łodzi krzykliwe billboardy anonsują premierę autorskiego monodramu Kamila Maćkowiaka. „Diva Show, czyli monorewia osobowości borderline” objawiła się 26 października w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych i tam jest grana przy dobrej frekwencji. Bilety wyprzedawane są na pniu. Nic dziwnego, dekada na deskach Teatru im. S. Jaracza w Łodzi (w tym roku Maćkowiak rozstał się ze sceną, na której święcił triumfy) pozwoliła mu na zdobycie własnej publiczności. Co otrzymuje ona wybierając się na „swojego” aktora?

     

    „Divę” rozpoczyna atakujący uszy i oczy teledysk Tiny Turner, na którym pojawiają się krótkie przebitki z amatorskiej kamery: nastoletni Maćkowiak próbuje w pokoju kopiować sposób poruszania się piosenkarki. Tak oto temat „Divy” (biografia mężczyzny o zaburzonej osobowości) zdaje się nie być tylko kwestią artystycznego wyboru, wykoncypowaną kreacją na potrzeby tego spektaklu.
    Kolejnym elementem układanki jest pojawienie się samego Maćkowiaka: w krótkiej sukience, na wysokich obcasach, w peruce i makijażu a la Tina Turner, dynamicznie przemieszcza się z jednej strony sceny na drugą, bezbłędnie oddając taniec i sposób poruszania się wciąż widocznej na ekranie piosenkarki. W tej perfekcji ruchów postawnego aktora jest coś porażającego.

     

    Widownia reaguje owacyjnie, widok faceta w sukience zdaje się ją bawić (rzeczywiście, nic tylko boki zrywać), ale zaraz zrobi się poważniej.
    Opowiadając o mężczyźnie zmagającym się z rozchwianiem osobowości, chorobliwie potrzebującym akceptacji otoczenia, nie radzącym sobie z codziennością, Maćkowiak sięga po konwencję stand-up, dającą najbardziej bezpośredni kontakt z widzem, pozwalającą na interakcję i narcystyczne (mówi o tym sam aktor) nasycenie się obecnością publiczności. Opowiadając, Maćkowiak proponuje grę z własną biografią, co czyni jego monodram trudnym do oceny. Bo ile jest w nim samego aktora i czy można poddawać ocenie czyjeś psyche? A jednak to wciąż jest teatr, ktoś zapłacił za bilety, ktoś też (miasto) przekazało Fundacji Kamila Maćkowiaka niemałą dotację na przygotowanie premiery – niezależnie czy „Diva” ma być psychodramą czy ją tylko udaje.
    Monodram dzieli się dwie części, choć podział nie wynika z wcześniejszego założenia – to raczej mimowolny efekt sposobu, w jaki aktor obchodzi się z własną biografią.

     

    Część pierwsza jest mocno ekshibicjonistyczna. Aktor wyjaśnia dlaczego stoi przed publicznością, ironicznie przywołuje np. eksponowanie przez media przerywanie w „Jaraczu” monodramu „Niżyński”.
    W tej części „Diva Show” przynosi informacje o ważniejszych etapach w życiu i psychicznym rozwoju kreowanej postaci – dziecka, a potem młodzieńca, wychowanego bez ojca, przez dominującą, ale lękającą się świata matkę. Ciekawa jest żartobliwa parafraza fragmentu monodramu Bronisława Wrocławskiego „Seks, prochy i rock’n’roll”. „Patrzcie, stąd jestem”, zdaje się mówić Maćkowiak, lecz przez zdystansowanie się dziś podkreśla własną odrębność.
    Część ta gorsza jest od strony teatralnej. Maćkowiak próbuje wchodzić w interakcje z widzami, żartobliwie ich zagaduje, lecz forma ta wydaje się narzucona. „Diva Show” jest dziełem autorskim, aktor sam napisał scenariusz i sam go wyreżyserował. Jednak rzadkością jest aktor, który potrafi sam na sobie „zagrać”. Takim aktorem jest np. Jan Peszek.
    W „Diva Show” konieczny byłby reżyser, który oczyści przegadany scenariusz z „potocyzmów” i nada opowieści przebieg dramaturgiczny. No i jeszcze wyprowadzi aktora z mielizny monotonnej gry.
    Mimo to osobisty ton sprawia, że wiele z tej opowieści pozostaje widzom w głowie, jak np. olśnienie w przaśnych polskich realiach Tiną Turner, tak przecież inną od wzorca kobiety w Polsce lat 80., a powracającą wówczas na estradę hitem „What’s Love Got To Do With It”.
    Część drugą można nazwać wkładaniem maski. Zaczyna się wraz ze szczegółami na temat dorosłości bohatera, a drogi aktora i postaci rozchodzą się. Spodziewane kulisy pracy w (jakimkolwiek) teatrze nie nadchodzą, a wątek „brudnego podziemia” i dorabiania jako drag queennie jest absorbujący, bo trąci schematem.
    Tu jednak Maćkowiak, siedząc na wprost publiczności, częściowo w półmroku, częściowo w czerwonym świetle, pokazuje aktorską klasę, siłę gestu, za którym podąża się wzrokiem. W tych scenach jest prawdziwe napięcie i prawdziwe uwodzenie publiczności. Świetny jest też w klipie, w którym wziętą z Wi-kipedii definicję osobowości borderline rozkłada na czynniki pierwsze.

     

    Ta dwuczęściowość i ścieranie się dwóch sfer, czyni „Diva Show” spektaklem na wskroś „borderlinowym”. Może więc ważniejsze od reżyserskich korekt jest tu aktorskie wybicie się na niepodległość, oczyszczenie, dzięki któremu niebawem ujrzymy Maćkowiaka zupełnie innym. W końcu pod koniec „Divy” jego postać sugeruje, że już przestaje dociekać kim jest i przejmować się społecznym konwenansem. Wzorem Tiny Turner, która mając 73 lat potrafiła wziąć huczny ślub, a utrzymując status gwiazdy, chronić przed gapiami własną prywatność.


 ⇒ PLASTER ŁÓDZKI / 28.10.2013 

www.plasterlodzki.pl 

Spektakl ten to monodram w konwencji stand-upu. Choć pierwsze sceny przynoszą zwątpienie, czy monodram to aby na pewno dobre określenie. Bowiem występ zaczyna się bardzo efektownie, energicznie i zabawnie. Ale później nie jest już tak radośnie.

Poznajemy historię 30-latka, który po latach cierpienia, zmagania się z problemami i samym sobą, postanawia zrealizować swoje największe życiowe marzenie, a przy tym całkowicie obnażyć się emocjonalnie. Zabiera widzów w podróż do przeszłości.

    Rozwiń całą treść recenzji »

    26 października w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych przy ulicy Zachodniej odbyła się długo wyczekiwana premiera monodramu Kamila Maćkowiaka – Diva Show czyli monorewia osobowości borderline.

    Spektakl ten to monodram w konwencji stand-upu. Choć pierwsze sceny przynoszą zwątpienie, czy monodram to aby na pewno dobre określenie. Bowiem występ zaczyna się bardzo efektownie, energicznie i zabawnie. Ale później nie jest już tak radośnie. Poznajemy historię 30-latka, który po latach cierpienia, zmagania się z problemami i samym sobą, postanawia zrealizować swoje największe życiowe marzenie, a przy tym całkowicie obnażyć się emocjonalnie. Zabiera widzów w podróż do przeszłości.

     

    Bohater pochodzi z tzw. „zimnego chowu”, tzn. był wychowywany tylko przez matkę, która nie okazywała mu miłości, czułości, akceptacji, uważała go za swoją życiową porażkę. Z ojcem widywał się sporadycznie. Przebywając niemal wyłącznie w otoczeniu kobiet (matki, ciotek i sąsiadek), obserwując je i przysłuchując się ich rozmowom, bohater już od najmłodszych lat zmagał się ze stereotypowym wizerunkiem mężczyzny. Spektakl jest zatem swoistym studium męskości, tylko co oznacza bycie prawdziwym mężczyzną…? Bohater próbuje znaleźć odpowiedź na to pytanie, przez całe życie dąży do pewnego stereotypowego wzorca, lecz wciąż jest on niedościgniony.

     

    30-latek nie jest zadowolony ze swojego życia, z tego kim jest dzisiaj. Przedstawia siebie jako przeciętnego, zwykłego i przegranego człowieka. Jest jednocześnie bardzo wrażliwy, narcystyczny i posiada niezmiernie niski próg odrzucenia. Poprzez brak akceptacji, bliskości, miłości odczuwa chroniczne uczucie pustki. To wszystko sprawia, że ma na siebie destrukcyjny wpływ. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na podtytuł monodramu – (…) czyli monorewia osobowości borderline.

     

    W czasie spektaklu dowiadujemy się czego dotyczy to zaburzenie emocjonalne. Bohater przedstawia 10 objawów. Wystarczy rozpoznać 5 z nich, by móc postawić „pozytywną” diagnozę. Nie ulega wątpliwości, że agresywny mężczyzna z niestabilnym obrazem samego siebie, częstymi wahaniami nastroju i nieustanną obawą przed odrzuceniem ze strony otoczenia jest „książkowym” przykładem osobowości borderline.

     

    Nasz bohater przez całe swoje życie próbował przypiąć sobie jakąś etykietkę, określić się czy to pod względem płci (czy czuje się bardziej mężczyzną czy też kobietą), czy preferencji seksualnych. Mimo niezadowolenia z życia, niespełnienia oczekiwań swoich i matki, mężczyzna nie przestaje marzyć. W końcu udaje mu się zrealizować jago największą fantazję – staje się Tiną Turner, kobietą, którą podziwiał od dzieciństwa, ale i która swoim życiem i postawą stała się dla niego wzorcem. Bowiem Tina po burzliwym i trudnym związku wróciła na scenę w wieku 45 lat, potrafiła cieszyć się życiem, podbić serca fanów i być gwiazdą.
    „Diva show czyli monorewia osobowości borderline” została wzbogacona o projekcje multimedialne, okraszone muzyką Tiny Turner. Dodatkowo zjawiskowa charakteryzacja Kamila Maćkowiaka jako Divy, genialny, rytmiczny i zgrabny ruch sceniczny (na niemal 20-centymetrowych szpilkach!), kontakt z odbiorcami sprawił, że publiczność nie mogła oderwać wzroku od bohatera, była zahipnotyzowana jego charyzmą i bez reszty pochłonięta tym publicznym obnażeniem osobowości. Identyfikowała się z bohaterem, cierpiała razem z nim, odczuwała moralnego kaca, werterowski weltschmerz, ale i radość z wielkiego sukcesu scenicznego.

     

    Diva show… nie jest utworem łatwym i lekkim. Przedstawia historię trudnego dzieciństwa, skomplikowany obraz emocjonalny człowieka, który chciałby być w życiu po prostu szczęśliwy i kochany. Jest to spektakl niebywale poruszający lecz i pokrzepiający.

    Bohater spektaklu jako postać narcystyczna odczuwał nieustanną potrzebę uwodzenia ludzi. Kamil Maćkowiak był w tej roli niezwykle wiarygodny, emocjonalny, prawdziwy i nie mam najmniejszych wątpliwości, że udało Mu się uwieść łódzką publiczność. Na wiele godzin po spektaklu widz wciąż bije się z myślami, jest targany różnymi emocjami, ale nie jest „wyżuty” emocjonalnie, bo przecież utwór ma ostatecznie pozytywny wydźwięk. Mimo, że marzenie bohatera wydawało się nierealne, to jednak udało mu się stać Divą, choć na jeden wieczór. Zatem zawsze warto walczyć o swoje marzenia i przede wszystkim zaakceptować siebie i nie dać sobie wmówić, że jest się kimś bezwartościowym.

     

    Kamil Maćkowiak niczym człowiek renesansu doskonale sprawdził się w poczwórnej roli – autora tekstu, reżysera, choreografa i aktora, a dodatkowo aktora w roli męskiej i żeńskiej. Chapeau bas za Jego ogromny talent, odwagę, emocjonalność, wiarygodność i wielki dystans do samego siebie. Jego nazwisko stanowi już tak silną markę w branży teatralnej, że z całą pewnością nie musi obawiać się o niedyspozycję publiczności.


⇒ ONE W ŁODZI

www.onewlodzi.blogspot.com 

Na scenie stanął Kamil Maćkowiak, który debiutował jako aktor, choreograf, reżyser i scenarzysta w jednej osobie. We wszystkich tych funkcjach sprawdził się idealnie. Jego warsztat nie pozwolił widzom oderwać oczu od bohatera.

To jak wczuł się w postać, przeżywał jej rozterki sprawiło, że siedząc na widowni, miało się wrażenie, że zatarła się granica między scenariuszem, a prawdziwym życiem. Przeżywaliśmy razem z bohaterem – smutek, gdy opowiadał o ciężkich dla siebie chwilach, radość, gdy spełnił swoje marzenie – błyszczał na scenie.

Jak to powiedziała I: „Miałam ochotę wstać, przytulić go i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze!”

    Rozwiń całą treść recenzji »

    W miniony weekend (tj. 26. i 27. października 2013 r.) odbyła się długo wyczekiwana premiera pierwszego spektaklu Fundacji Kamila Maćkowiaka. „DIVA Show, czyli monorewia osobowości borderline”, bo o tym spektaklu mowa, to monodram opowiadający przeżycie 30-letniego człowieka mającego problem z samym sobą. Z jednej strony zakompleksiony, z niskim „prożkiem” odrzucenia, a z drugiej narcystyczny, pragnący poklasku mężczyzna wraca, w swoim monologu, do czasów dzieciństwa, młodości, fascynacji Tiną Turner, aby pokazać nam jakim obecnie jest człowiekiem. Człowiekiem z osobowością borderline.

     

    Nie chcemy zdradzać fabuły. Sami musicie zmierzyć się z historią tej postaci.

     

    Na scenie stanął Kamil Maćkowiak, który debiutował jako aktor, choreograf, reżyser i scenarzysta w jednej osobie. We wszystkich tych funkcjach sprawdził się idealnie. Jego warsztat nie pozwolił widzom oderwać oczu od bohatera. To jak wczuł się w postać, przeżywał jej rozterki sprawiło, że siedząc na widowni, miało się wrażenie, że zatarła się granica między scenariuszem, a prawdziwym życiem. Przeżywaliśmy razem z bohaterem- smutek, gdy opowiadał o ciężkich dla siebie chwilach, radość, gdy spełnił swoje marzenie- błyszczał na scenie. Jak to powiedziała I: „Miałam ochotę wstać, przytulić go i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze!”
    Na wielkie uznanie zasługuję również charakteryzacja „Divy”. Samemu Kamilowi gratulujemy opanowania niebotycznie wysokich szpilek! My chyba nie dałybyśmy rady tak się w nich poruszać!
    Sztuka do lekkich i przyjemnych nie należy. Widz, który jest jakby zahipnotyzowany historią, przeżywa ją długo po spektaklu. Zadaje sobie wiele pytań, szuka odpowiedzi.

     

    Oprócz samego finalnego przekazu spektaklu, trzeba wspomnieć, o samych przygotowaniach do niego. Fundacja stworzyła wideo promujące wydarzenie, które również pojawiało się w trakcie przedstawienia, a w mieści zawisły plakaty promujące spektakl:
    Podsumowując świetny scenariusz, bardzo dobra gra aktorska, ciekawa aranżacja. Mimo, że przedstawiona historia nie jest wesoła kończy się optymistycznie. Warto wierzyć w marzenia, być może choć na chwilę zostaną spełnione! My zdecydowanie jesteśmy na tak!
    Cieszymy się, że Kamil Maćkowiak nie wyemigrował do stolicy i możemy oglądać go na łódzkiej scenie. Teraz już jesteśmy pewne, że pojedziemy do Warszawy zobaczyć „Niżyńskiego”, którego nie miałyśmy szansy zobaczyć w Łodzi!


Back to Top